niedziela, 10 sierpnia 2014

Dania i sobotnie przemyślenia



Wciąż protestujący sprzęt nie powstrzyma mnie przed zdaniem relacji z kolejnych duńskich dni. A oto moje sobotnie obserwacje:


  • Zawsze, ale to ZAWSZE, kiedy przychodzi tak upragniony przeze mnie weekend, a w planach mam spędzenie całego dnia poza domem, pogoda się psuje. I nie, żeby było odrobinę chłodniej czy zwyczajnie szaro. Nie. W weekendy są burze/zawieruchy/oberwania chmury/wichury/jedna wielka ciemność lub wszystko jednocześnie. Tak jak to było wczoraj.
  • Najwidoczniej Duńczycy nie znają pojęcia złej pogody. Zacinający równo w parapet deszcz (halo halo?! nie widziałam tu jeszcze ani jednego parapetu!!) czy wiatr zrywający czapki z głów i łamiący parasolki nie przeszkadza im w codziennym joggingu. Przyodziani w szorty i krótkie koszulki będą uparcie biec jakby od tego zależał byt ich kraju (kto wie? może zależy? to właściwie wyjaśniałoby wiele...).
  • Najwidoczniej każdy ma tu pieniądze i nie martwi się o nic. Centra handlowe przepełnione są małymi dziewczynkami (i jeśli mówię małymi, mam tu na myśli nawet dwunastolatki) objuczonymi torbami najpopularniejszych (przynajmniej tu) marek odzieżowych, trzymającymi w drugiej ręce najnowszego iphone'a (po co takim maluchom telefon? i to jeszcze tak drogi?) lub popijającymi drogie (ok.50 kr za mały kubeczek - ok.25 zł) soki z pobliskich kawiarni. Te małe niewolnice mody to istne zwierzęta stadne - nigdzie nie ruszają się bez swoich roześmianych kompanek.
  • Jak już wspominałam, Duńczycy jedzą na potęgę pieczywo. W knajpce, w której wczoraj ukrywałam się przed ulewą, panował niezły gwar mimo weekendu i dość wczesnej pory. I każdy zajadał się jakąś bułką, a ta jest tu zwykle wykonana z ciasta francuskiego (co za karygodny błąd! teraz powinnam uklęknąć potulnie w kącie na worku wypełnionym ziarnami soczewicy i spędzić tak całą niedzielę, albowiem Duńczycy twierdzą, że to oni są twórcami tego boskiego maślanego, warstwowego ciasta i uznają go za swój narodowy powód do dumy) i wypełniona po brzegi wszystkim co słodkie. A ich figury - wciąż nienaganne.
  • UWAGA! Ciekawostka roku! W marketach można zdegustować bez problemu nie tylko owoce czy słodkie pieczywo, ale i... wino! Na dziale z alkoholami można zwykle znaleźć osobne stanowisko (nienadzorowane!), gdzie wystawionych jest kilka butelek sprzedawanego tam wina - w specjalnym pojemniku z lodem, aby próbować trunek zawsze dobrze schłodzony - wraz z miniaturowymi plastikowymi kubeczkami. Nikt nie podbiera, nikt się nie upija, za to wszyscy są szczęśliwi, bo wiedzą, co kupują. A jak się potem przyjemnie robi zakupy - sprawdziłam! ;)
A oto dowód:

  • Nie dość, że w pobliskim parku jest (jak to nazywam) ,,ptasznik" pełen różnorakich egzotycznych okazów, a oglądanie ich nic nie kosztuje, to jeszcze wczoraj zostało mi zaproponowane wejście do środka - a tam czekało mnie jeszcze więcej klatek z ptakami i... kawa i ciastka! To jest dopiero dbałość o hygge!*
  • W Danii o wiele łatwiej jest mi się uśmiechać do nieznajomych, albowiem istnieje aż 80% prawdopodobieństwo, że ci odwzajemnią uśmiech. I piszę to ja - osoba, która zwykle podczas przechadzek patrzy zawzięcie w chodnik, daleko w przestrzeń lub zwyczajnie wchodzi w słup.



* Hygge - termin baaardzo trudny do przetłumaczenia. Zwykle tym mianem określa się przyjemną atmosferę, poczucie swobody, nieskrępowania. Hygge mogą być zimowe wieczory spędzone przy kominku i popijaniu grzańca w doborowym towarzystwie, hygge może być wizyta u znajomego, hygge może być wystrój domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz