wtorek, 29 lipca 2014

Dania i sport



Przygotowując się do wyjazdu do Danii, nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła panujących tu zwyczajów żywieniowych [choć o jedzeniu powstanie zapewne osobny baaaardzo długi post]. Ciekawa byłam wszystkiego: jak Duńczycy jedzą, kiedy, w jakich ilościach i porach, co może uchodzić za ich międzynarodowe danie, czego tu raczej nie znajdę. Zaskoczona byłam ogromem mięsa, od którego uginają się wręcz duńskie stoły, a także ich zamiłowaniem do ziemniaków. Duńczycy stawiają na wieprzowinę, jedzą dużo chleba [owszem, ciemnego, ale wciąż], mają tanie piwo, a obiady jedzą duże i ciężkie i to w porze baaardzo wieczorowej. Czytając o takich zwyczajach żywieniowych, nie trudno wyobrazić sobie typowego reprezentanta tego kraju, który powoli stawia swoje nogi z powodu [przynajmniej lekkiej] nadwagi. Nic bardziej błędnego!

Przeglądając różne strony internetowe czy też blogi osób, które się tu przeprowadziły, natknęłam się także na informację, że Duńczycy to jeden z najbardziej wysportowanych narodów europejskich. Informacja ta nieco zdziwiła moich gospodarzy, którzy stwierdzili, że dane te są stanowczo naciągane, jeśli nie błędne. Jednak będąc tu już 1,5 tygodnia, mogę stwierdzić: Duńczycy kochają sport, a ze świeczką można tu szukać otyłych ludzi.

Sport uprawia tu każdy, bez wyjątku. Wystarczy nadmienić, że dziecko, którym się opiekuję, zaradny siedmiolatek, nie tylko gra w piłkę i jeździ na rowerze, jak jego polscy rówieśnicy, ale i pływa, nurkuje, gra w tennis, gra w hokeja, rozpoczął właśnie naukę surfowania, gra w piłkę ręczną, ostatnio namawia swoich rodziców na wspinaczkę na ściance - czego nie można powiedzieć raczej o polskich dzieciach [chociaż dużą rolę odgrywają tu dostępne środki finansowe i zaangażowanie rodziców]. Jednak nie wszystkie sporty uprawiane przez Duńczyków wymagają wysokich nakładów finansowych, albowiem prawie każdy biega i jeździ rowerem. I mam tu na myśli naprawdę KAŻDY. Jako że bliżej mi do piechura niż amatora biegów [wciąż obwiniam złamany w dzieciństwie nos i problemy z oddychaniem, a nie zwykłe lenistwo i wstyd przed czerwoną jak burak twarzą], za każdym razem, idąc do miasta, mijam dziesiątki osób na rowerach. Jeżdżą małe dzieci [oczywiście w towarzystwie opiekunów], jeżdżą nastolatkowie, jeżdżą trzydziestolatkowie, jeżdżą i osoby w bardzo podeszłym wieku. Na potęgę. Myślę, że przesadą nie będzie stwierdzenie, że w ciągu godziny marszu mijam około stu cyklistów. Osób biegających jest mniej, jednak wciąż - naprawdę dużo. I tak samo - nie ma granicy wiekowej. Wczoraj, na przykład, minęłam starszego pana [na oko dałabym mu 65 lat], który dzielnie biegł w największy skwar. Nie dość, że biegł - nie był czerwony, nie zauważyłam, żeby też miał ochotę wypluć za chwilę swoje płuca z wysiłku, ale i jeszcze się uśmiechał! Zdumiewające! A w niedzielę, bodajże, spotkałam dwóch panów w podeszłym wieku, którzy radośnie biegali, plotkując sobie przy okazji. W takim przypadku mogę zrobić tylko jedno: zawstydzić się potwornie i śpiewać gorzkie żale z powodu mojego lenistwa i kompletnego braku formy.

Nic zatem dziwnego, że Duńczycy zachowują zgrabną sylwetkę, spożywając zawrotne ilości tłustego mięsa i ziemniaków późną porą. Wszystko udaje im się spalić podczas codziennych ćwiczeń.


Zabawa w paparazzi: wspomniani wcześniej panowie podczas maratonu plotkowania.



poniedziałek, 28 lipca 2014

Niedzielnie


Niedziela minęła mi pod znakiem błogiego lenistwa i inwestowania w duńskie kino.


P.S. Czym się różnią polscy i duńscy kierowcy? Niczym. Jedni i drudzy równie chętnie używają klaksonu na widok dziewczyn...





niedziela, 27 lipca 2014

Dania i pieniądze



Dania to nie tylko morze, fiordy, urokliwe budyneczki, biali wręcz blondyni i roześmiane dzieci. Dania to także, a może przede wszystkim, kraj wysokich cen. Bo gdzie indziej za ulgowy bilet do kina zapłacisz równowartość 35zł? Gdzie za zwykłego batonika nie wydasz mniej niż 10zł?
Duńskie półki sklepowe straszą wysokimi cenami. Drogie jest wszystko: woda, koszty utrzymania, czynsz, ubrania, a przede wszystkim moje ukochane jedzenie.
Dania umiłowała sobie pieniądze tak bardzo, że umieściła nawet tę miłość na monetach. I tak niemal wszystkie duńskie monety udekorowane są motywem serca i dziurką w środku (moim zdaniem, dziura ta symbolizuje pusty portfel po wybraniu się po zwykłe mleko). Ciekawostką może być fakt, że wszystkie te monety wyglądają niemalże identycznie i z trudem przychodzi mi jeszcze odgadnięcie ich nominałów (najwidoczniej Dania to także kraj ludzi z sokolim wzrokiem, bo cyferki są tak małe, że prawie niewidoczne). Dodatkowo w obiegu krąży banknot 1000kr (ok.540zł).

A jak zabraknie na biżuterię zawsze można przewlec wstążeczkę przez monetę i zrobić naszyjnik z ostatnich drobnych.




sobota, 26 lipca 2014

S... jak sobotnie wyczekiwanie na burzę


Uwaga! Uwaga! Dziś wstałam o zawrotnej godzinie 8:15!
Nie ma to jak weekendowe lenistwo i zbijanie bąków ;p
Jako że mam dzień wolny zaczęło nieźle grzmieć, a zerkając przez okno, widzę, że także i lać.
O 12 zabieram starszego chłopca do kina na How to Train Your Dragon 2. To może być ciekawe... Wiedząc, że w Polsce wszystkie bajki są dubbingowane, będę musiała sobie sama opowiedzieć historię, patrząc jedynie na ładne animacje.




Cisza przed burzą. Piątkowe posiadówki na mostku przed snem mają swoje plusy.


P... jak piątkowe zbijanie bąków


Mój pierwszy duński tydzień dobiegł końca. Moje świętowanie rozpoczęło się...[tu następują werble dla podkreślenia napięcia] w sklepie spożywczym! Obłowiona w przysmaki pomaszerowałam dziarsko do parku, gdzie w towarzystwie mrówek i tego typu stworzeń przesiedziałam jakiś czas.
Po powrocie spotkała mnie niemała niespodzianka : maluch wypowiedział niemalże poprawnie moje imię! To wyczyn na miarę zdobycia najwyższego szczytu, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że dziecko mówi niewiele, a moje imię chciał wypowiedzieć w pełnej formie.
Wieczór spędziłam natomiast z rodzicami, opowiadając sobie mrożące krew w żyłach historie naszych znajomych oraz zagłębiając się w niezbadane przypadki medyczne. Jednym słowem: hygge!

To co Chimery lubią najbardziej... :>

Czy wspominałam już, że w środku parku znajduje się ,,chatka" dla ptaków? Głównie papug i kanarków.

Mój towarzysz niedoli. Jak to dobrze, że robaki robaczą w międzynarodowym języku. 

Nauczona doświadczeniem poprzednich dni tym razem założyłam wygodne buty. Zatem w dzisiejszym poście nie padnie słowo ,,odcisk" ani razu! [małe sukcesy!]

W moim parku znajduje się mała scena, na której w niedzielę grali wspomniani już chłopcy. Chyba w każdym parku znajdują się krzesła i ławki, gdzie można swobodnie urządzać grilla i urządzać sobie spotkania towarzyskie. W tle morze, a z lewej strony baaardzo wysoki most, łączący fiord.

Chimera w pełnej krasie. Upały i przechadzki działają na mnie jak najlepsze spa!


środa, 23 lipca 2014

Dzień 3


Kończenie pracy o 13 sprzyja wojażom i kolejnym odciskom. Jako że dziś uwinęłam się wyjątkowo szybko, postanowiłam ruszyć cztery litery i pogubić się w obcym mieście. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Chcąc samą siebie zaskoczyć doskonałą orientacją i jakże analitycznym umysłem, zeszłam z obranego szlaku, bo przecież jak skręcę w prawo, przejdę 2 kilometry i odbiję w lewo, to dojdę na miejsce startowe. Tak, czyjeś na pewno, ale z pewnością nie moje. Jednak jako Panna Zbyt Dumna, by spytać kogoś o drogę, pogubiłam się jeszcze bardziej [i o dziwo nie wdrożyłam swojej ulubionej metody pt. Panikuj, ile wlezie] i... doszłam do upragnionego celu!

7h wygrzewałam się na słońcu, odganiałam robaki, zdzierałam skórę i grabiłam duńskie sklepy spożywcze. Bo jak poznać obcy kraj, jak nie przez obżarcie do bólu brzucha?



 Mieszkańcy Vejle zdążyli postawić mi już pomnik Izabeli Wiecznie Doglądającej. Zatroskany wzrok się zgadza, zaszaleli za to z rozmiarem miseczki.

 Chyba za każdym razem przechodząc tą uliczką, będę robić zdjęcia. Nie da się inaczej.

 

  
Skoro jest morze, to i Dania opływa... w dostatek. Nie widząc ceny, z jęzorem wywalonym na pępek, chwyciłam wodę. Najdroższe wypite pół litra H2O (13,75 koron = mniej więcej 7zł za 500ml)

Cisza przed burzą. Skończyło się na pustym opakowaniu krakersów owocowych (kto powstrzyma się na jednym, kiedy pozostałych 10 płacze z tęsknoty?), upaćkanej buzi, klejących łapkach i zadowolonym brzuchu. A przecież to mój cel życiowy ;).
Jak nie zrobić zdjęcia, kiedy woda tak drogocenna?

wtorek, 22 lipca 2014

Dzień 2



Jeszcze kilka takich dni jak dzisiaj i będę zmieniała pieluchyz zamkniętymi oczami. Szkoda tylko, że nie z zamkniętymi drogami oddechowymi.

Wytrwałam i to powinno wystarczyć.

 Moje małe California dreaming tuż przy fiordzie, niecałe 100 m od domu.

 Morska galaretka w pełnej krasie.




poniedziałek, 21 lipca 2014

Dzień 1

Żyję, choć ledwo dyszę. Nie wiem, czy to zmęczenie, czy fakt, że od ilości czekolady w buzi ledwo dam radę oddychać.

Dzień długi, intensywny. Padam na gębę, czoło albo lepiej na nos - większa powierzchnia. Muszę się przyzwyczaić do... wszystkiego. A przede wszystkim do tego, że długo mi zajmie ogarnięcie duńskiego.

Póki co wrzucam swoje zdjęcie - zapamiętajcie mnie jeszcze młodą, niespracowaną, kiedy to największym zmartwieniem było to, czy mam zjeść coś słodkiego, czy kabanosa..




Ni to Duńczyk, ni tuńczyk, a krab!

Pierwsze dni upływają mi pod znakiem jednego wielkiego powrotu do dzieciństwa. Wspominając wczorajszy dzień, nie jestem chyba w stanie nawet wyliczyć gier i zabaw, w których brałam udział. Była piłka nożna, hokej, trampolina, pływanie x2, zwierzaki, przemeblowanie w pokoju dziecinnym, znowu piłka, znowu hokej, znowu (a to niespodzianka!) trampolina, a potem wymyślanie własnych zabaw. Największą jednak zabawą wydawała się być próba zrozumienia duńskiego. Co nie zrozumiem, to przytaknę. Czuję się niemal jak na prawie każdym wykładzie. A niby studia już za mną...

I zapomniałabym! Głaskałam meduzę! W dotyku przypominała jeden wielki rozpuszczający się żelek. I jakże ruszający się żelek.

Dziś natomiast przypadł mi w zaszczycie udział w rytualnym łowieniu krabów na drewienko i żyłkę. Wikingowie pozostawili tu niezłą spuściznę i postarali się o to, aby z pokolenia na pokolenie był przekazywany duch zaradności i męstwa. Dzieci , owszem, bawią się klockami Lego, ale tylko wtedy, kiedy kraby śpią. 
Postanowiłam także dotrzeć w końcu do miasta i zobaczyć go trochę lepiej niż na Google Maps. Odrzuciłam ukochane przez Duńczyków dwa napompowane kółka na rzecz dwóch sflaczałych nóg. Wytłumaczyłam to chęcią zobaczenia wszystkiego lepiej, na spokojnie, ale tak naprawdę stchórzyłam przed wąskimi ścieżkami rowerowymi i tłumami cyklistów. Przecież uwielbiam chodzić! Dystanse mi niestraszne! Jestem piechurem na 102 (odcisków)! O ile spacerek (bo tak należy nazwać przechodzone ok.12-14km) był nader-uber-arcyprzyjemny, tak pożałowałam, że miałam na sobie baletki, które po jakiś 8km zaczęły mi nieco dokuczać. Ale nie o moich szanownych stópkach być miało...





Z moimi gospodarzami nie mogliśmy dzisiaj dojść do porozumienia, co to za zwierzęta. Czy to niedźwiedź, bóbr, koń czy obcy ptak - zastanawia mnie jedno: czy potrzebuje bliskości innych, czy też nawet duńskie rzeźby trzymają swoje emocje na wodzy?


To li i jedynie reklama/witryna sklepowa, ale za to jaka!




 
Idealnie zobrazowana moja płynność w duńskim. Bla bla.


Osławione the wave - budynki mieszkalne. Fal miało być pięć, ale najwidoczniej zabrakło funduszy, zatem z wave zostało tylko małe splash.


Za cholerę nie wiem, co tu jest napisane, ale to właśnie okolica, gdzie mieszkam, zatem się chwalę. 


Vejle... Mieszanka angielskiej, niemieckiej i skandynawskiej architektury połączona z domkami na wzgórzach rodem z Sardynii. I ten zapach morza! (i zaprawdę powiadam, nie wali tu zdechłym dorszem). Ludzie - owszem, bywają wręcz biali blondyni, lecz dziś widziałam chyba znacznie więcej Afroamerykanów, Azjatów czy Hindusów bawiących się w turystów. Zostałam też zaczepiona przez chyba czterech panów i jakże romantyczne były to spotkania. Każdy był albo wiekowy, albo napity. Chimera - od lat trafia w gusta koneserów sztuki... Ale trzeba przyznać - nawet duński pijaczek zagada, kiedy trzeba, po angielsku. Pełna kultura. Choć przyznaję, jeden chłopak uśmiechnął się do mnie przyjemnie i nie miał zaczerwionego nosa.  

W drodze powrotnej trafiłam za to na koncert grupy rockowej w parku. Chłopcy [ok. 17letni] naprawdę dawali czadu. I jeśli już to mnie zdziwiło, to powinnam już w ogóle oniemieć, kiedy rozejrzałam się wkoło i zauważyłam, że 70% publiczności stanowili ludzie w wieku emerytalnym, którzy rytmicznie tupali nóżką przy dźwiękach trzech basów i perkusji.

Nie piszę dziś ładnie, ani zgrabnie, ale czego tu się spodziewać. Wciąż opadają mi emocje po głaskaniu żelkowego pogromcy morskiej głębiny, a także zaczynam powoli trząść gatkami przed jutrzejszą zmianą pełnych gatek pewnego młodzieńca. Zostaję jutro sama z dziećmi. Ba! Duńskimi dziećmi, a jak wiadomo, te nawet płaczą inaczej. 




P.S. Post wczorajszy. Bo taka tu moda.

sobota, 19 lipca 2014

W podróży jedno jest pewne: opóźnienie

Ponad dwudziestogodzinna podróż sama w sobie jest udręką. Spędzenie niemal doby na jednym (w dodatku bardzo niewygodnym) siedzeniu autobusowym nie należy do rzeczy, które wpisałabym do swojej BucketList. A jednak trwam cierpliwie, odliczając godziny, minuty, momenty, kiedy chcę siarczyście zaklnąć.

W chimerycznych podróżach pewne jest jedno: zawsze będą ciekawe i pełne niedogodności.

Bo któż inny już na starcie czeka ponad godzinę na spóźniony autobus z Rygi , w którym na dobre hulają wschodni sąsiedzi?
Kto trafia na starszą panią z tyłu, która nie dość, że nie zajmuje swojego miejsca, kłóci się jak opętana w sobie tylko zrozumiałym języku, po czym prycha i sapie co każde pół minuty?
Czyj sąsiad z boku o 3 nad ranem postanawia zrobić imprezę, podczas której didżejować będzie on sam, pochrupując raźno chipsy tak, że nie pozwala zasnąć?
Któż przyjeżdża spóźniony do Berlina, nie może odnaleźć kolejnego busa, który miał już dawno odjechać?
Czyja torba podręczna rwie się na środku płyty dworca?
Kto czeka przez kolejne 2h na spóźniony autobus, który ma dostarczyć nowych pasażerów do naszego busa?

Każdy niecierpliwi się w takim samym języku. Nawet pan kierowca miał już dość... A to dopiero czekanie na odjazd...


Kto trafia na miejsce obok trójki rozgadanych i nieco rozkapryszonych dzieciaków, kiedy niemal cały autobus jest prawie pusty?
Apropo autobusu, kto wysłuchuje wywodu dziewięciolatka o różnicach między autokarami a autobusami?
Kto od ponad 25h nie miał w ustach kawy?
Kto zaczyna powoli panikować przed duńską przygodą?
Ja! Ja! Ja!

Więcej grzechów nie pamiętam. Ale spamiętaj i zapiszę.


P.S. Post powstał wczoraj w drodze, ale wifi też nie zadziałało.