piątek, 15 sierpnia 2014

Dania i Chimera tryska humorem


26h spędzonych w autobusie.
Około 5h do celu.
1,5h snu w ciągu dwóch dni.
Jedna kawa, która ledwo przytrzymuje mnie przy życiu.
Kto to taki?
Chimera wracająca do ojczyzny!

Kolejne podróżowe MUST HAVE:

  • autobus, którym mam jechać, zawsze się spóźni, chociażby dopiero 30 min wcześniej rozpoczął swą podróż
  • ludzie usiądą akurat obok mnie, chociażby dookoła były jeszcze puste miejsca
  • mimo ogromnego zmęczenia nie zmrużę oka - bo nie!
  • zmiana autobusu potrwa kolejną godzinę -> +1h do już sporego opóźnienia
  • zawsze przyciągnę najbardziej rozgadanych podróżników i nie, okazywanie zmęczenia zda się na nic, wysłucham i tak historii życia wszystkich znajomych danego pasażera, dowiem się nawet o jego tendencji do powstawania piegów i zostanie mi zaoferowana pomoc w szukaniu pracy w Anglii, mimo że usilnie dziękuję i powtarzam, że chwilowo nie jestem zainteresowana
  • filmy wyświetlane w busie stają się coraz głupsze z godziny na godzinę
  • a klimatyzacja jak zwykle nie działa

Uwięziona na ponad 30h w busie w tęsknotą wspominam leniwe spacery i napawanie się morską bryzą. Choć właściwie świeże powietrze też dałoby radę.


czwartek, 14 sierpnia 2014

Dania i ciekawostki z zajmowania się dzieckiem



  • Ślad po ugryzieniu przez dziecko schodzi około 2 tygodni.
  • Ugryzienie to nie powinno nikogo martwić, wręcz przeciwnie, jako że mały brzdąc zwykle gryzie jako wyraz przyjaźni i szacunku. Powiedziano mi na samym wstępie, że maluch potrafi lizać ramiona opiekunów albo kąsać, ponieważ przytulanie nie wystarcza i chce być jeszcze bliżej swojego kompana/kompanki. A idealnym na to sposobem jest zatopienie zębów w czyjejś skórze. Chyba powinnam żałować, że na moim nadgarstku nie ma już śladu, przecież to taki małe trofeum, znak przyjaźni. 
  • Przez ostatni miesiąc naśpiewałam się chyba więcej niż zespół przygrywający na weselach. Dzięki usypianiu dziecka przypomniałam sobie niemal wszystkie piosenki z dzieciństwa, jakie znam. A żeby tego było mało, do repertuaru wplotłam przyśpiewki harcerskie, pieśni patriotyczne, własne improwizacje. Jednak nigdy, ale nigdy nie przypuszczałabym, co okaże się najlepszym podkładem muzycznym - przyśpiewki weselne! [nie na próżno wspomniałam wcześniej o weselach]. Wczoraj, kiedy maluch był wyjątkowo kapryśny, a ,,Kotki dwa" i ,,Dla Wojtusia z popielnika" przestały działać, ze zwykłej desperacji zaczęłam nucić ,,Kto urodzony w...<tu wstaw miesiąc>". I co? Cisza! Kompletna cisza! Dziecko patrzyło na mnie jak zahipnotyzowane. Jak widać miłośnicy butelki mleka też lubują się w pieśniach biesiadnych.
  • Skakanie po trampolinie, do  której nalewana jest woda z węża ogrodowego, to niezwykle ryzykowne, ale jakże cudowne zajęcie podczas upałów.
  • Siedmiolatkowie nie znają granic wiekowych i podczas wspólnych zabaw potrafią potraktować cię z równym dla wszystkich okrucieństwem. Podczas bitw wodnych nie istnieje nic takiego jak zawieszenie broni, łagodne oblewanie czy ,,właśnie się przebrałam, zaraz wychodzę". Najlepszą za to amunicją wydaje się być zraszać ogrodowy i wiadro pełne wody [tak, wylądowało na mojej głowie niejednokrotnie].

wtorek, 12 sierpnia 2014

Dania i małe dziwactwa


Każdy kraj kryje w sobie tajemnice. Każdy czymś zaskakuje. Każdy dostarcza nam nowych doznań. Poszerza horyzonty i nasze spektrum patrzenia na świat. Każdy kraj potrafi budzić fascynację, zainteresowanie, intrygować oraz sprawiać, że chociażby najbardziej banalny fakt z życia jego mieszkańców jest dla nas odkryciem na miarę wyczynu Kolumba. 

Dania i tym razem nie zawodzi. Nie wiem czy wiecie, ale duńskie dzieci rozpoczęły już wczoraj nowy rok szkolny. Istne szaleństwo! Kiedy nasze polskie maluchy mogą jeszcze beztrosko fikać i brykać przez niemal trzy tygodnie, ich duńscy koledzy i koleżanki raźno pomaszerowali już do szkół. Widząc w niedzielny wieczór spakowany dumnie plecak stojący przed pokojem starszego chłopca, potrzebowałam chwili, żeby otrząsnąć się z szoku. Kolejną minutę stałam w ciszy i bezruchu, oddając tym samym hołd końcowi wakacji, po czym pobiegłam na górę spytać moich gospodarzy o wyjaśnienia. Czy duńskie dzieci zaczynają letni odpoczynek jakoś niespodziewanie wcześnie czy muszą cierpieć w imię edukacji? 
Moje przypuszczenia okazały się słuszne. Duńskie dzieci kończą rok szkolny niemal w tym samym czasie co polskie szkraby, zatem wakacje mają aż o 2-3 tygodnie krótsze. Nic jednak straconego. W październiku, kiedy nasze maluchy będą ospałe maszerować do szkoły i męczyć się nad tabliczką mnożenia, duńskich uczniów czeka około tygodniowa przerwa od nauki. Ulokowanie w czasie tych krótkich wakacji nie jest przypadkowe. Dawniej, gdy Duńczycy trudzili się głównie rolą, a we wrześniu przychodziły wykopki, do zbierania ziemniaków (znowu te ziemniaki! btw. jak ja kocham wykopki!) angażowani byli wszyscy członkowie rodzin, bez względu na wiek. Dzieci, które pomagały rodzicom, zasługiwały na krótką przerwę od szkoły i pracy w polu, zatem postanowiono urządzić im tygodniowe wakacje zaraz po zakończeniu wszelkich robót na roli. Pierwotnie październikowa przerwa od nauki zwana była przerwą ziemniaczaną. Jakże uroczo!
Poza tym duńskich uczniów czekają prawie 1,5 tygodniowe ferie w okresie świąt Bożego narodzenia, tydzień wolnego zimą oraz w okresie świąt wielkanocnych. W szkole natomiast nawet najmłodsze dzieci siedzą od 8:15 do 14. 

niedziela, 10 sierpnia 2014

Dania i sobotnie przemyślenia



Wciąż protestujący sprzęt nie powstrzyma mnie przed zdaniem relacji z kolejnych duńskich dni. A oto moje sobotnie obserwacje:


  • Zawsze, ale to ZAWSZE, kiedy przychodzi tak upragniony przeze mnie weekend, a w planach mam spędzenie całego dnia poza domem, pogoda się psuje. I nie, żeby było odrobinę chłodniej czy zwyczajnie szaro. Nie. W weekendy są burze/zawieruchy/oberwania chmury/wichury/jedna wielka ciemność lub wszystko jednocześnie. Tak jak to było wczoraj.
  • Najwidoczniej Duńczycy nie znają pojęcia złej pogody. Zacinający równo w parapet deszcz (halo halo?! nie widziałam tu jeszcze ani jednego parapetu!!) czy wiatr zrywający czapki z głów i łamiący parasolki nie przeszkadza im w codziennym joggingu. Przyodziani w szorty i krótkie koszulki będą uparcie biec jakby od tego zależał byt ich kraju (kto wie? może zależy? to właściwie wyjaśniałoby wiele...).
  • Najwidoczniej każdy ma tu pieniądze i nie martwi się o nic. Centra handlowe przepełnione są małymi dziewczynkami (i jeśli mówię małymi, mam tu na myśli nawet dwunastolatki) objuczonymi torbami najpopularniejszych (przynajmniej tu) marek odzieżowych, trzymającymi w drugiej ręce najnowszego iphone'a (po co takim maluchom telefon? i to jeszcze tak drogi?) lub popijającymi drogie (ok.50 kr za mały kubeczek - ok.25 zł) soki z pobliskich kawiarni. Te małe niewolnice mody to istne zwierzęta stadne - nigdzie nie ruszają się bez swoich roześmianych kompanek.
  • Jak już wspominałam, Duńczycy jedzą na potęgę pieczywo. W knajpce, w której wczoraj ukrywałam się przed ulewą, panował niezły gwar mimo weekendu i dość wczesnej pory. I każdy zajadał się jakąś bułką, a ta jest tu zwykle wykonana z ciasta francuskiego (co za karygodny błąd! teraz powinnam uklęknąć potulnie w kącie na worku wypełnionym ziarnami soczewicy i spędzić tak całą niedzielę, albowiem Duńczycy twierdzą, że to oni są twórcami tego boskiego maślanego, warstwowego ciasta i uznają go za swój narodowy powód do dumy) i wypełniona po brzegi wszystkim co słodkie. A ich figury - wciąż nienaganne.
  • UWAGA! Ciekawostka roku! W marketach można zdegustować bez problemu nie tylko owoce czy słodkie pieczywo, ale i... wino! Na dziale z alkoholami można zwykle znaleźć osobne stanowisko (nienadzorowane!), gdzie wystawionych jest kilka butelek sprzedawanego tam wina - w specjalnym pojemniku z lodem, aby próbować trunek zawsze dobrze schłodzony - wraz z miniaturowymi plastikowymi kubeczkami. Nikt nie podbiera, nikt się nie upija, za to wszyscy są szczęśliwi, bo wiedzą, co kupują. A jak się potem przyjemnie robi zakupy - sprawdziłam! ;)
A oto dowód:

  • Nie dość, że w pobliskim parku jest (jak to nazywam) ,,ptasznik" pełen różnorakich egzotycznych okazów, a oglądanie ich nic nie kosztuje, to jeszcze wczoraj zostało mi zaproponowane wejście do środka - a tam czekało mnie jeszcze więcej klatek z ptakami i... kawa i ciastka! To jest dopiero dbałość o hygge!*
  • W Danii o wiele łatwiej jest mi się uśmiechać do nieznajomych, albowiem istnieje aż 80% prawdopodobieństwo, że ci odwzajemnią uśmiech. I piszę to ja - osoba, która zwykle podczas przechadzek patrzy zawzięcie w chodnik, daleko w przestrzeń lub zwyczajnie wchodzi w słup.



* Hygge - termin baaardzo trudny do przetłumaczenia. Zwykle tym mianem określa się przyjemną atmosferę, poczucie swobody, nieskrępowania. Hygge mogą być zimowe wieczory spędzone przy kominku i popijaniu grzańca w doborowym towarzystwie, hygge może być wizyta u znajomego, hygge może być wystrój domu.

piątek, 8 sierpnia 2014

Dania i strajk bluetootha



Cisza jak makiem zasiał (swoją drogą jestem ciekawa jak jest mak po duńsku...). Brak aktualnych postów nie nastąpił bynajmniej z lenistwa (nooo, może troszkę) czy braku historii do opowiedzenia. Tym razem zawiódł sprzęt, a ściślej rzecz ujmując - bluetooth. Odkąd zainstalowałam najnowszą wersję windowsa, jakimś cudem komputer nie odnajduje sygnału mojej komórki - i tak, przyznaję się bez bicia - wszystkie zdjęcia, które tu umieszczam są dziełem niczego innego, a zwykłej komórki. Jestem zbyt wygodnicka, by taszczyć ze sobą aparat za każdym razem, gdy wychodzę. A raczej byłam zbyt wygodnicka, pakując się do Danii i znając rozmiary i wagę magicznego pudełka z fleszem, postanowiłam, że prawdziwą przygodą i nie lada wyzwaniem będzie obycie się bez niego podczas zagranicznych wojaży. A teraz masz babo placek (szkoda tylko, że nie materialny, świeżo wyjęty z pieca...) i brak możliwości przesłania najnowszych obrazków. A zapewniam, że jest ich sporo.

Nie pozostało mi zatem nic innego jak zdanie suchego raportu z ostatnich dni. 
Przetrwałam trzeci już duński tydzień. Nie dość, że wytrwałam, to jeszcze jakoś zipię i udaje mi się codziennie przejść co najmniej 5km. Jak się okazało, Duńczycy też mają konie na drogach, choć nie są to konie zaprzężone do średniowiecznych jeszcze bryczek, ale nie umniejsza to faktu ich obecności. Sklepy są tu stanowczo zbyt krótko otwarte i ... opustoszałe! Niezależnie od pory moich odwiedzin, markety niemalże świecą pustkami! I nie jest to przesada. Powinna wystarczyć wzmianka, iż otwarta jest tylko jedna kasa, przy której czekają góra (!) trzy osoby. Może Duńczycy idąc tropem swoich przodków Wikingów zamiast nabywać produkty spożywcze w sklepach jak reszta cywilizowanego świata, biorą, co im natura dała. To wyjaśniałoby te ciągłe ziemniaki i wieprzowinę na stołach. A przy okazji takie polowanie to pierwotna forma crossfitu, zatem Duńczycy będą zawsze w formie!

Poza tym (może się powtarzam) każdy mówi tu po angielsku! Ok, nie liczę dzieci, ale wszyscy powyżej, powiedzmy, 16 roku życia nie dość, że rozumieją angielski, to jeszcze posługują się nim doskonale z cudnym akcentem. Młody chłopak na kasie, spotkana po drodze dojrzała parka czy emeryci spytani o drogę - KAŻDY odpowie po angielsku. 

Jednak nie zmienia to faktu, że ich narodowy język jest... zwyczajnie okropny. Nawet ciężko mi porównać go do czegokolwiek. To jakby mieszanka niemieckiego, francuskiego, chińskiego i jakiegoś blablabliego. Duńczycy mówią gardłowo, ciężko połapać się, gdzie kończy się jeden wyraz, a zaczyna drugi, mają niespotykane akcentowanie, brak jakichkolwiek reguł i ,,tak", które tu oznacza ,,dziękuję". To powinno wystarczyć, żeby namieszać nam, Polakom w głowach.

Mi namieszało nie tylko w głowie, ale i w komputerze. Zatem zostawiam Was bez zdjęć, bez niczego. No, może z nadzieją [przynajmniej moją], że bluetooth w końcu zadziała. A póki co polecam piosenkę Mumford&Sons - White Blank Page*, żeby pozostać w temacie.



* tłum. biała pusta kartka

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Dania i wdzięk Chimery



Nie od dziś wiadomo, że jestem mistrzem gracji i wdzięku. Chodzę po świecie, niemalże nie dotykając palcami ziemi, unoszę się lekko niczym chmurka nad chodnikiem, a przypadkowe przedmioty same się tłuką, a siniaki na moim ciele to wynik mocniejszego przeżywania rzeczywistości. Nie to, żebym była jakaś nieporadna i obijała się o każdą możliwą rzecz stojącą na mojej drodze. O nie! To nie ja!

Zatem, wiedząc to, nietrudno ukryć zaskoczenie i przerażenie na samą myśl o tym, co zrobiłam sobie dzisiaj. Moje (już) trzyletnie umiłowanie do wszystkiego co zawiera kofeinę dało o sobie znać jakoś koło 11. Poinstruowana dokładnie na temat prawidłowej obsługi profesjonalnego ekspresu do kawy, rześko zabrałam się za zaparzanie tego zbawiennego trunku. Jakie było moje zdziwienie i strach, kiedy nagle usłyszałam łomot, a po chwili poczułam palący ból stopy. A potem znów hałas. Oczywiście, chcąc dobrze [czytaj: własnoręcznie spienione mleko w tym samym czasie co zaparzanie kawy], zapomniałam chwycić za uchwyt ze zmielonymi ziarnami, a ten pod wpływem wysokiego ciśnienia wody i temperatury rąbnął z impetem w kubek, który pękł, rozlewając cały gorący płyn. Nie muszę chyba nadmieniać, że wszystko - tj. stłuczona ceramika i wrzątek - wylądowało wprost na moich nogach, a potem zaczęło radośnie stepować po kuchennej podłodze i pobliskich szafkach. Efekt: trzy małe rozcięcia na nodze, oparzony palec i mnóóóstwo sprzątania.

Tak. To cała ja. Dziś jeszcze tylko 2 razy mało co nie potknęłam się na odkurzaczu podczas próby naprawy całego bałaganu, ale to przecież wiadome. Szyk. Gracja. Wdzięk. Powab. Ach, jakże nieuchwytne dla mnie są te cechy...

Na pocieszenie T. powiedziała mi dzisiaj, że panie w żłobku były pod wrażeniem mojego angielskiego. Ja jestem jeszcze pod większym, że były w stanie mnie zrozumieć.


Chimera w pełnej krasie. Obawiam się, że liczba siniaków i blizn przewyższa śmiało moje IQ. 

niedziela, 3 sierpnia 2014

Dania i pieniądze cz.2



Sobotnie wieczory zmuszają do przemyśleń. Właśnie wczoraj [rychło w czas!] zdałam sobie sprawę, że Duńczycy może i posługują się banknotami o nominale 500 czy 1000kr, jednak w obiegu nie znajdziemy niczego poniżej 50 centów. Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ceny prawie nigdy nie kończą się 0,00 czy 0,50. Przykładowo, ostatni mój paragon opiewa na cudowną kwotę 50,75 kr. Co w takiej sytuacji zrobi kasjer? Zainkasuje 51kr i zdziwi się wielce, widząc mnie czekającą cierpliwie na wydanie reszty. Niedoczekanie moje. I choć takie praktyki mogą oburzać, muszę nadmienić, że sklepy nie grabią mnie codziennie. Bowiem, jeśli kasa fiskalna wyświetli 20,10 kr, które powinnam zapłacić za sok, wystarczy, że wręczę kasjerowi monetę o nominale 20kr (tak, zamiast bankotów 20kr i 10kr dostaniemy w formie monety) i obędzie się bez krzyku i krzywego spojrzenia.
Wszystko ok, jednak pojawia się pytanie: po co to wszystko? Czy tylko po to, aby wzbudzić moje zainteresowanie i jeszcze większe zakłopotanie podczas robienia zakupów?

piątek, 1 sierpnia 2014

Ufny jak... Duńczyk?



Będąc tu już równo dwa tygodnie, mam wrażenie, że Duńczycy to naród niemal równie naiwny, co optymistycznie nastawiony do świata. Skąd takie przypuszczenia?
Wystarczy przejść się po najbliższej okolicy. Na palcach jednej ręki mogę wyliczyć domy, które otoczone są jakimkolwiek murem czy płotem. A bramy, które okalają budynki, z pewnością mógłby przeskoczyć niejeden uczeń szkoły podstawowej. Okna natomiast otwierają się ku dołowi [patrz zdjęcie nr 3], w sposób, który niemalże zaprasza przechodnia do otworzenia go jeszcze szerzej i przyjrzenia się wystrojowi wnętrz. Chociaż i to może okazać się niepotrzebne, biorąc po uwagę, że większość domów w sąsiedztwie składa się w 70% z okien. Nawet drzwi prowadzące do mojego pokoju są szklane [a nadmienić należy, że mam osobne wejście i będąc na podwórku, bez problemu można sprawdzić czy aby na pewno pościeliłam dzisiaj łóżko].
Ludzie ufają tu sobie bezgranicznie, nie podejrzewając nikogo o złe zamiary. Rowery pozostawiane są przed sklepami lub kawiarniami bez zbędnych łańcuchów czy zabezpieczeń. Ba! Ponoć nierzadką praktyką jest tu pozostawianie dzieci w wózkach przed domem, aby te spokojnie sobie spały na świeżym powietrzu. Nawet zimą! [a zima tu jest podobna do tej panującej w Polsce]. Nie do pomyślenia! W sklepach kasjerzy reagują zdziwieniem, kiedy prosisz o paragon. Nikt tu nikogo nie podejrzewa o kradzież. Jeśli weszłaś do innego sklepu z zakupionymi gdzie indziej produktami, a nie masz na to kwitku - nie ma problemu. Na pewno zakupy zostały nabyte legalnie.
Duńczycy są ufni, bo dlaczego by nie? Nawet jeśli ktoś ukradnie im rower [co zdarza się raz na ruski rok], kupno nowego nie stanowi dla nich problemu. Przecież ich stać. Okna otwierane są szeroko, ale cały dom zabezpieczony jest alarmem, który... nie jest włączony.
Obserwując takie zachowanie, nie jestem pewna, czy bardziej się dziwię, czy zazdroszczę...






wtorek, 29 lipca 2014

Dania i sport



Przygotowując się do wyjazdu do Danii, nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła panujących tu zwyczajów żywieniowych [choć o jedzeniu powstanie zapewne osobny baaaardzo długi post]. Ciekawa byłam wszystkiego: jak Duńczycy jedzą, kiedy, w jakich ilościach i porach, co może uchodzić za ich międzynarodowe danie, czego tu raczej nie znajdę. Zaskoczona byłam ogromem mięsa, od którego uginają się wręcz duńskie stoły, a także ich zamiłowaniem do ziemniaków. Duńczycy stawiają na wieprzowinę, jedzą dużo chleba [owszem, ciemnego, ale wciąż], mają tanie piwo, a obiady jedzą duże i ciężkie i to w porze baaardzo wieczorowej. Czytając o takich zwyczajach żywieniowych, nie trudno wyobrazić sobie typowego reprezentanta tego kraju, który powoli stawia swoje nogi z powodu [przynajmniej lekkiej] nadwagi. Nic bardziej błędnego!

Przeglądając różne strony internetowe czy też blogi osób, które się tu przeprowadziły, natknęłam się także na informację, że Duńczycy to jeden z najbardziej wysportowanych narodów europejskich. Informacja ta nieco zdziwiła moich gospodarzy, którzy stwierdzili, że dane te są stanowczo naciągane, jeśli nie błędne. Jednak będąc tu już 1,5 tygodnia, mogę stwierdzić: Duńczycy kochają sport, a ze świeczką można tu szukać otyłych ludzi.

Sport uprawia tu każdy, bez wyjątku. Wystarczy nadmienić, że dziecko, którym się opiekuję, zaradny siedmiolatek, nie tylko gra w piłkę i jeździ na rowerze, jak jego polscy rówieśnicy, ale i pływa, nurkuje, gra w tennis, gra w hokeja, rozpoczął właśnie naukę surfowania, gra w piłkę ręczną, ostatnio namawia swoich rodziców na wspinaczkę na ściance - czego nie można powiedzieć raczej o polskich dzieciach [chociaż dużą rolę odgrywają tu dostępne środki finansowe i zaangażowanie rodziców]. Jednak nie wszystkie sporty uprawiane przez Duńczyków wymagają wysokich nakładów finansowych, albowiem prawie każdy biega i jeździ rowerem. I mam tu na myśli naprawdę KAŻDY. Jako że bliżej mi do piechura niż amatora biegów [wciąż obwiniam złamany w dzieciństwie nos i problemy z oddychaniem, a nie zwykłe lenistwo i wstyd przed czerwoną jak burak twarzą], za każdym razem, idąc do miasta, mijam dziesiątki osób na rowerach. Jeżdżą małe dzieci [oczywiście w towarzystwie opiekunów], jeżdżą nastolatkowie, jeżdżą trzydziestolatkowie, jeżdżą i osoby w bardzo podeszłym wieku. Na potęgę. Myślę, że przesadą nie będzie stwierdzenie, że w ciągu godziny marszu mijam około stu cyklistów. Osób biegających jest mniej, jednak wciąż - naprawdę dużo. I tak samo - nie ma granicy wiekowej. Wczoraj, na przykład, minęłam starszego pana [na oko dałabym mu 65 lat], który dzielnie biegł w największy skwar. Nie dość, że biegł - nie był czerwony, nie zauważyłam, żeby też miał ochotę wypluć za chwilę swoje płuca z wysiłku, ale i jeszcze się uśmiechał! Zdumiewające! A w niedzielę, bodajże, spotkałam dwóch panów w podeszłym wieku, którzy radośnie biegali, plotkując sobie przy okazji. W takim przypadku mogę zrobić tylko jedno: zawstydzić się potwornie i śpiewać gorzkie żale z powodu mojego lenistwa i kompletnego braku formy.

Nic zatem dziwnego, że Duńczycy zachowują zgrabną sylwetkę, spożywając zawrotne ilości tłustego mięsa i ziemniaków późną porą. Wszystko udaje im się spalić podczas codziennych ćwiczeń.


Zabawa w paparazzi: wspomniani wcześniej panowie podczas maratonu plotkowania.



poniedziałek, 28 lipca 2014

Niedzielnie


Niedziela minęła mi pod znakiem błogiego lenistwa i inwestowania w duńskie kino.


P.S. Czym się różnią polscy i duńscy kierowcy? Niczym. Jedni i drudzy równie chętnie używają klaksonu na widok dziewczyn...





niedziela, 27 lipca 2014

Dania i pieniądze



Dania to nie tylko morze, fiordy, urokliwe budyneczki, biali wręcz blondyni i roześmiane dzieci. Dania to także, a może przede wszystkim, kraj wysokich cen. Bo gdzie indziej za ulgowy bilet do kina zapłacisz równowartość 35zł? Gdzie za zwykłego batonika nie wydasz mniej niż 10zł?
Duńskie półki sklepowe straszą wysokimi cenami. Drogie jest wszystko: woda, koszty utrzymania, czynsz, ubrania, a przede wszystkim moje ukochane jedzenie.
Dania umiłowała sobie pieniądze tak bardzo, że umieściła nawet tę miłość na monetach. I tak niemal wszystkie duńskie monety udekorowane są motywem serca i dziurką w środku (moim zdaniem, dziura ta symbolizuje pusty portfel po wybraniu się po zwykłe mleko). Ciekawostką może być fakt, że wszystkie te monety wyglądają niemalże identycznie i z trudem przychodzi mi jeszcze odgadnięcie ich nominałów (najwidoczniej Dania to także kraj ludzi z sokolim wzrokiem, bo cyferki są tak małe, że prawie niewidoczne). Dodatkowo w obiegu krąży banknot 1000kr (ok.540zł).

A jak zabraknie na biżuterię zawsze można przewlec wstążeczkę przez monetę i zrobić naszyjnik z ostatnich drobnych.




sobota, 26 lipca 2014

S... jak sobotnie wyczekiwanie na burzę


Uwaga! Uwaga! Dziś wstałam o zawrotnej godzinie 8:15!
Nie ma to jak weekendowe lenistwo i zbijanie bąków ;p
Jako że mam dzień wolny zaczęło nieźle grzmieć, a zerkając przez okno, widzę, że także i lać.
O 12 zabieram starszego chłopca do kina na How to Train Your Dragon 2. To może być ciekawe... Wiedząc, że w Polsce wszystkie bajki są dubbingowane, będę musiała sobie sama opowiedzieć historię, patrząc jedynie na ładne animacje.




Cisza przed burzą. Piątkowe posiadówki na mostku przed snem mają swoje plusy.


P... jak piątkowe zbijanie bąków


Mój pierwszy duński tydzień dobiegł końca. Moje świętowanie rozpoczęło się...[tu następują werble dla podkreślenia napięcia] w sklepie spożywczym! Obłowiona w przysmaki pomaszerowałam dziarsko do parku, gdzie w towarzystwie mrówek i tego typu stworzeń przesiedziałam jakiś czas.
Po powrocie spotkała mnie niemała niespodzianka : maluch wypowiedział niemalże poprawnie moje imię! To wyczyn na miarę zdobycia najwyższego szczytu, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że dziecko mówi niewiele, a moje imię chciał wypowiedzieć w pełnej formie.
Wieczór spędziłam natomiast z rodzicami, opowiadając sobie mrożące krew w żyłach historie naszych znajomych oraz zagłębiając się w niezbadane przypadki medyczne. Jednym słowem: hygge!

To co Chimery lubią najbardziej... :>

Czy wspominałam już, że w środku parku znajduje się ,,chatka" dla ptaków? Głównie papug i kanarków.

Mój towarzysz niedoli. Jak to dobrze, że robaki robaczą w międzynarodowym języku. 

Nauczona doświadczeniem poprzednich dni tym razem założyłam wygodne buty. Zatem w dzisiejszym poście nie padnie słowo ,,odcisk" ani razu! [małe sukcesy!]

W moim parku znajduje się mała scena, na której w niedzielę grali wspomniani już chłopcy. Chyba w każdym parku znajdują się krzesła i ławki, gdzie można swobodnie urządzać grilla i urządzać sobie spotkania towarzyskie. W tle morze, a z lewej strony baaardzo wysoki most, łączący fiord.

Chimera w pełnej krasie. Upały i przechadzki działają na mnie jak najlepsze spa!


środa, 23 lipca 2014

Dzień 3


Kończenie pracy o 13 sprzyja wojażom i kolejnym odciskom. Jako że dziś uwinęłam się wyjątkowo szybko, postanowiłam ruszyć cztery litery i pogubić się w obcym mieście. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Chcąc samą siebie zaskoczyć doskonałą orientacją i jakże analitycznym umysłem, zeszłam z obranego szlaku, bo przecież jak skręcę w prawo, przejdę 2 kilometry i odbiję w lewo, to dojdę na miejsce startowe. Tak, czyjeś na pewno, ale z pewnością nie moje. Jednak jako Panna Zbyt Dumna, by spytać kogoś o drogę, pogubiłam się jeszcze bardziej [i o dziwo nie wdrożyłam swojej ulubionej metody pt. Panikuj, ile wlezie] i... doszłam do upragnionego celu!

7h wygrzewałam się na słońcu, odganiałam robaki, zdzierałam skórę i grabiłam duńskie sklepy spożywcze. Bo jak poznać obcy kraj, jak nie przez obżarcie do bólu brzucha?



 Mieszkańcy Vejle zdążyli postawić mi już pomnik Izabeli Wiecznie Doglądającej. Zatroskany wzrok się zgadza, zaszaleli za to z rozmiarem miseczki.

 Chyba za każdym razem przechodząc tą uliczką, będę robić zdjęcia. Nie da się inaczej.

 

  
Skoro jest morze, to i Dania opływa... w dostatek. Nie widząc ceny, z jęzorem wywalonym na pępek, chwyciłam wodę. Najdroższe wypite pół litra H2O (13,75 koron = mniej więcej 7zł za 500ml)

Cisza przed burzą. Skończyło się na pustym opakowaniu krakersów owocowych (kto powstrzyma się na jednym, kiedy pozostałych 10 płacze z tęsknoty?), upaćkanej buzi, klejących łapkach i zadowolonym brzuchu. A przecież to mój cel życiowy ;).
Jak nie zrobić zdjęcia, kiedy woda tak drogocenna?

wtorek, 22 lipca 2014

Dzień 2



Jeszcze kilka takich dni jak dzisiaj i będę zmieniała pieluchyz zamkniętymi oczami. Szkoda tylko, że nie z zamkniętymi drogami oddechowymi.

Wytrwałam i to powinno wystarczyć.

 Moje małe California dreaming tuż przy fiordzie, niecałe 100 m od domu.

 Morska galaretka w pełnej krasie.




poniedziałek, 21 lipca 2014

Dzień 1

Żyję, choć ledwo dyszę. Nie wiem, czy to zmęczenie, czy fakt, że od ilości czekolady w buzi ledwo dam radę oddychać.

Dzień długi, intensywny. Padam na gębę, czoło albo lepiej na nos - większa powierzchnia. Muszę się przyzwyczaić do... wszystkiego. A przede wszystkim do tego, że długo mi zajmie ogarnięcie duńskiego.

Póki co wrzucam swoje zdjęcie - zapamiętajcie mnie jeszcze młodą, niespracowaną, kiedy to największym zmartwieniem było to, czy mam zjeść coś słodkiego, czy kabanosa..




Ni to Duńczyk, ni tuńczyk, a krab!

Pierwsze dni upływają mi pod znakiem jednego wielkiego powrotu do dzieciństwa. Wspominając wczorajszy dzień, nie jestem chyba w stanie nawet wyliczyć gier i zabaw, w których brałam udział. Była piłka nożna, hokej, trampolina, pływanie x2, zwierzaki, przemeblowanie w pokoju dziecinnym, znowu piłka, znowu hokej, znowu (a to niespodzianka!) trampolina, a potem wymyślanie własnych zabaw. Największą jednak zabawą wydawała się być próba zrozumienia duńskiego. Co nie zrozumiem, to przytaknę. Czuję się niemal jak na prawie każdym wykładzie. A niby studia już za mną...

I zapomniałabym! Głaskałam meduzę! W dotyku przypominała jeden wielki rozpuszczający się żelek. I jakże ruszający się żelek.

Dziś natomiast przypadł mi w zaszczycie udział w rytualnym łowieniu krabów na drewienko i żyłkę. Wikingowie pozostawili tu niezłą spuściznę i postarali się o to, aby z pokolenia na pokolenie był przekazywany duch zaradności i męstwa. Dzieci , owszem, bawią się klockami Lego, ale tylko wtedy, kiedy kraby śpią. 
Postanowiłam także dotrzeć w końcu do miasta i zobaczyć go trochę lepiej niż na Google Maps. Odrzuciłam ukochane przez Duńczyków dwa napompowane kółka na rzecz dwóch sflaczałych nóg. Wytłumaczyłam to chęcią zobaczenia wszystkiego lepiej, na spokojnie, ale tak naprawdę stchórzyłam przed wąskimi ścieżkami rowerowymi i tłumami cyklistów. Przecież uwielbiam chodzić! Dystanse mi niestraszne! Jestem piechurem na 102 (odcisków)! O ile spacerek (bo tak należy nazwać przechodzone ok.12-14km) był nader-uber-arcyprzyjemny, tak pożałowałam, że miałam na sobie baletki, które po jakiś 8km zaczęły mi nieco dokuczać. Ale nie o moich szanownych stópkach być miało...





Z moimi gospodarzami nie mogliśmy dzisiaj dojść do porozumienia, co to za zwierzęta. Czy to niedźwiedź, bóbr, koń czy obcy ptak - zastanawia mnie jedno: czy potrzebuje bliskości innych, czy też nawet duńskie rzeźby trzymają swoje emocje na wodzy?


To li i jedynie reklama/witryna sklepowa, ale za to jaka!




 
Idealnie zobrazowana moja płynność w duńskim. Bla bla.


Osławione the wave - budynki mieszkalne. Fal miało być pięć, ale najwidoczniej zabrakło funduszy, zatem z wave zostało tylko małe splash.


Za cholerę nie wiem, co tu jest napisane, ale to właśnie okolica, gdzie mieszkam, zatem się chwalę. 


Vejle... Mieszanka angielskiej, niemieckiej i skandynawskiej architektury połączona z domkami na wzgórzach rodem z Sardynii. I ten zapach morza! (i zaprawdę powiadam, nie wali tu zdechłym dorszem). Ludzie - owszem, bywają wręcz biali blondyni, lecz dziś widziałam chyba znacznie więcej Afroamerykanów, Azjatów czy Hindusów bawiących się w turystów. Zostałam też zaczepiona przez chyba czterech panów i jakże romantyczne były to spotkania. Każdy był albo wiekowy, albo napity. Chimera - od lat trafia w gusta koneserów sztuki... Ale trzeba przyznać - nawet duński pijaczek zagada, kiedy trzeba, po angielsku. Pełna kultura. Choć przyznaję, jeden chłopak uśmiechnął się do mnie przyjemnie i nie miał zaczerwionego nosa.  

W drodze powrotnej trafiłam za to na koncert grupy rockowej w parku. Chłopcy [ok. 17letni] naprawdę dawali czadu. I jeśli już to mnie zdziwiło, to powinnam już w ogóle oniemieć, kiedy rozejrzałam się wkoło i zauważyłam, że 70% publiczności stanowili ludzie w wieku emerytalnym, którzy rytmicznie tupali nóżką przy dźwiękach trzech basów i perkusji.

Nie piszę dziś ładnie, ani zgrabnie, ale czego tu się spodziewać. Wciąż opadają mi emocje po głaskaniu żelkowego pogromcy morskiej głębiny, a także zaczynam powoli trząść gatkami przed jutrzejszą zmianą pełnych gatek pewnego młodzieńca. Zostaję jutro sama z dziećmi. Ba! Duńskimi dziećmi, a jak wiadomo, te nawet płaczą inaczej. 




P.S. Post wczorajszy. Bo taka tu moda.

sobota, 19 lipca 2014

W podróży jedno jest pewne: opóźnienie

Ponad dwudziestogodzinna podróż sama w sobie jest udręką. Spędzenie niemal doby na jednym (w dodatku bardzo niewygodnym) siedzeniu autobusowym nie należy do rzeczy, które wpisałabym do swojej BucketList. A jednak trwam cierpliwie, odliczając godziny, minuty, momenty, kiedy chcę siarczyście zaklnąć.

W chimerycznych podróżach pewne jest jedno: zawsze będą ciekawe i pełne niedogodności.

Bo któż inny już na starcie czeka ponad godzinę na spóźniony autobus z Rygi , w którym na dobre hulają wschodni sąsiedzi?
Kto trafia na starszą panią z tyłu, która nie dość, że nie zajmuje swojego miejsca, kłóci się jak opętana w sobie tylko zrozumiałym języku, po czym prycha i sapie co każde pół minuty?
Czyj sąsiad z boku o 3 nad ranem postanawia zrobić imprezę, podczas której didżejować będzie on sam, pochrupując raźno chipsy tak, że nie pozwala zasnąć?
Któż przyjeżdża spóźniony do Berlina, nie może odnaleźć kolejnego busa, który miał już dawno odjechać?
Czyja torba podręczna rwie się na środku płyty dworca?
Kto czeka przez kolejne 2h na spóźniony autobus, który ma dostarczyć nowych pasażerów do naszego busa?

Każdy niecierpliwi się w takim samym języku. Nawet pan kierowca miał już dość... A to dopiero czekanie na odjazd...


Kto trafia na miejsce obok trójki rozgadanych i nieco rozkapryszonych dzieciaków, kiedy niemal cały autobus jest prawie pusty?
Apropo autobusu, kto wysłuchuje wywodu dziewięciolatka o różnicach między autokarami a autobusami?
Kto od ponad 25h nie miał w ustach kawy?
Kto zaczyna powoli panikować przed duńską przygodą?
Ja! Ja! Ja!

Więcej grzechów nie pamiętam. Ale spamiętaj i zapiszę.


P.S. Post powstał wczoraj w drodze, ale wifi też nie zadziałało.