środa, 23 lipca 2014

Dzień 3


Kończenie pracy o 13 sprzyja wojażom i kolejnym odciskom. Jako że dziś uwinęłam się wyjątkowo szybko, postanowiłam ruszyć cztery litery i pogubić się w obcym mieście. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Chcąc samą siebie zaskoczyć doskonałą orientacją i jakże analitycznym umysłem, zeszłam z obranego szlaku, bo przecież jak skręcę w prawo, przejdę 2 kilometry i odbiję w lewo, to dojdę na miejsce startowe. Tak, czyjeś na pewno, ale z pewnością nie moje. Jednak jako Panna Zbyt Dumna, by spytać kogoś o drogę, pogubiłam się jeszcze bardziej [i o dziwo nie wdrożyłam swojej ulubionej metody pt. Panikuj, ile wlezie] i... doszłam do upragnionego celu!

7h wygrzewałam się na słońcu, odganiałam robaki, zdzierałam skórę i grabiłam duńskie sklepy spożywcze. Bo jak poznać obcy kraj, jak nie przez obżarcie do bólu brzucha?



 Mieszkańcy Vejle zdążyli postawić mi już pomnik Izabeli Wiecznie Doglądającej. Zatroskany wzrok się zgadza, zaszaleli za to z rozmiarem miseczki.

 Chyba za każdym razem przechodząc tą uliczką, będę robić zdjęcia. Nie da się inaczej.

 

  
Skoro jest morze, to i Dania opływa... w dostatek. Nie widząc ceny, z jęzorem wywalonym na pępek, chwyciłam wodę. Najdroższe wypite pół litra H2O (13,75 koron = mniej więcej 7zł za 500ml)

Cisza przed burzą. Skończyło się na pustym opakowaniu krakersów owocowych (kto powstrzyma się na jednym, kiedy pozostałych 10 płacze z tęsknoty?), upaćkanej buzi, klejących łapkach i zadowolonym brzuchu. A przecież to mój cel życiowy ;).
Jak nie zrobić zdjęcia, kiedy woda tak drogocenna?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz