Mój pierwszy duński tydzień dobiegł końca. Moje świętowanie rozpoczęło się...[tu następują werble dla podkreślenia napięcia] w sklepie spożywczym! Obłowiona w przysmaki pomaszerowałam dziarsko do parku, gdzie w towarzystwie mrówek i tego typu stworzeń przesiedziałam jakiś czas.
Po powrocie spotkała mnie niemała niespodzianka : maluch wypowiedział niemalże poprawnie moje imię! To wyczyn na miarę zdobycia najwyższego szczytu, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że dziecko mówi niewiele, a moje imię chciał wypowiedzieć w pełnej formie.
Wieczór spędziłam natomiast z rodzicami, opowiadając sobie mrożące krew w żyłach historie naszych znajomych oraz zagłębiając się w niezbadane przypadki medyczne. Jednym słowem: hygge!
To co Chimery lubią najbardziej... :>
Czy wspominałam już, że w środku parku znajduje się ,,chatka" dla ptaków? Głównie papug i kanarków.
Mój towarzysz niedoli. Jak to dobrze, że robaki robaczą w międzynarodowym języku.
Nauczona doświadczeniem poprzednich dni tym razem założyłam wygodne buty. Zatem w dzisiejszym poście nie padnie słowo ,,odcisk" ani razu! [małe sukcesy!]
W moim parku znajduje się mała scena, na której w niedzielę grali wspomniani już chłopcy. Chyba w każdym parku znajdują się krzesła i ławki, gdzie można swobodnie urządzać grilla i urządzać sobie spotkania towarzyskie. W tle morze, a z lewej strony baaardzo wysoki most, łączący fiord.
Chimera w pełnej krasie. Upały i przechadzki działają na mnie jak najlepsze spa!







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz