Pierwsze
dni upływają mi pod znakiem jednego wielkiego powrotu do
dzieciństwa. Wspominając wczorajszy dzień, nie jestem chyba w
stanie nawet wyliczyć gier i zabaw, w których brałam udział. Była
piłka nożna, hokej, trampolina, pływanie x2, zwierzaki,
przemeblowanie w pokoju dziecinnym, znowu piłka, znowu hokej, znowu
(a to niespodzianka!) trampolina, a potem wymyślanie własnych
zabaw. Największą jednak zabawą wydawała się być próba
zrozumienia duńskiego. Co nie zrozumiem, to przytaknę. Czuję się
niemal jak na prawie każdym wykładzie. A niby studia już za mną...
I
zapomniałabym! Głaskałam meduzę! W dotyku przypominała jeden
wielki rozpuszczający się żelek. I jakże ruszający się żelek.
Dziś
natomiast przypadł mi w zaszczycie udział w rytualnym łowieniu
krabów na drewienko i żyłkę. Wikingowie pozostawili tu niezłą
spuściznę i postarali się o to, aby z pokolenia na pokolenie był
przekazywany duch zaradności i męstwa. Dzieci , owszem, bawią się
klockami Lego, ale tylko wtedy, kiedy kraby śpią.
Postanowiłam
także dotrzeć w końcu do miasta i zobaczyć go trochę lepiej niż
na Google Maps. Odrzuciłam ukochane przez Duńczyków dwa
napompowane kółka na rzecz dwóch sflaczałych nóg. Wytłumaczyłam
to chęcią zobaczenia wszystkiego lepiej, na spokojnie, ale tak
naprawdę stchórzyłam przed wąskimi ścieżkami rowerowymi i
tłumami cyklistów. Przecież uwielbiam chodzić! Dystanse mi
niestraszne! Jestem piechurem na 102 (odcisków)! O ile spacerek (bo
tak należy nazwać przechodzone ok.12-14km) był
nader-uber-arcyprzyjemny, tak pożałowałam, że miałam na sobie
baletki, które po jakiś 8km zaczęły mi nieco dokuczać. Ale nie o
moich szanownych stópkach być miało...
Z
moimi gospodarzami nie mogliśmy dzisiaj dojść do porozumienia, co
to za zwierzęta. Czy to niedźwiedź, bóbr, koń czy obcy ptak -
zastanawia mnie jedno: czy potrzebuje bliskości innych, czy też
nawet duńskie rzeźby trzymają swoje emocje na wodzy?
To li
i jedynie reklama/witryna sklepowa, ale za to jaka!
Osławione
the wave - budynki mieszkalne. Fal miało być pięć, ale
najwidoczniej zabrakło funduszy, zatem z wave zostało tylko małe
splash.
Za
cholerę nie wiem, co tu jest napisane, ale to właśnie okolica,
gdzie mieszkam, zatem się chwalę.
Vejle...
Mieszanka angielskiej, niemieckiej i skandynawskiej architektury
połączona z domkami na wzgórzach rodem z Sardynii. I ten zapach
morza! (i zaprawdę powiadam, nie wali tu zdechłym dorszem). Ludzie
- owszem, bywają wręcz biali blondyni, lecz dziś widziałam chyba
znacznie więcej Afroamerykanów, Azjatów czy Hindusów bawiących
się w turystów. Zostałam też zaczepiona przez chyba czterech
panów i jakże romantyczne były to spotkania. Każdy był albo
wiekowy, albo napity. Chimera - od lat trafia w gusta koneserów
sztuki... Ale trzeba przyznać - nawet duński pijaczek zagada, kiedy
trzeba, po angielsku. Pełna kultura. Choć przyznaję, jeden chłopak
uśmiechnął się do mnie przyjemnie i nie miał zaczerwionego nosa.
W
drodze powrotnej trafiłam za to na koncert grupy rockowej w parku.
Chłopcy [ok. 17letni] naprawdę dawali czadu. I jeśli już to mnie
zdziwiło, to powinnam już w ogóle oniemieć, kiedy rozejrzałam
się wkoło i zauważyłam, że 70% publiczności stanowili ludzie w
wieku emerytalnym, którzy rytmicznie tupali nóżką przy dźwiękach
trzech basów i perkusji.
Nie
piszę dziś ładnie, ani zgrabnie, ale czego tu się spodziewać.
Wciąż opadają mi emocje po głaskaniu żelkowego pogromcy morskiej
głębiny, a także zaczynam powoli trząść gatkami przed
jutrzejszą zmianą pełnych gatek pewnego młodzieńca. Zostaję
jutro sama z dziećmi. Ba! Duńskimi dziećmi, a jak wiadomo, te
nawet płaczą inaczej.
P.S. Post wczorajszy. Bo taka tu moda.














Brak komentarzy:
Prześlij komentarz