poniedziałek, 21 lipca 2014

Ni to Duńczyk, ni tuńczyk, a krab!

Pierwsze dni upływają mi pod znakiem jednego wielkiego powrotu do dzieciństwa. Wspominając wczorajszy dzień, nie jestem chyba w stanie nawet wyliczyć gier i zabaw, w których brałam udział. Była piłka nożna, hokej, trampolina, pływanie x2, zwierzaki, przemeblowanie w pokoju dziecinnym, znowu piłka, znowu hokej, znowu (a to niespodzianka!) trampolina, a potem wymyślanie własnych zabaw. Największą jednak zabawą wydawała się być próba zrozumienia duńskiego. Co nie zrozumiem, to przytaknę. Czuję się niemal jak na prawie każdym wykładzie. A niby studia już za mną...

I zapomniałabym! Głaskałam meduzę! W dotyku przypominała jeden wielki rozpuszczający się żelek. I jakże ruszający się żelek.

Dziś natomiast przypadł mi w zaszczycie udział w rytualnym łowieniu krabów na drewienko i żyłkę. Wikingowie pozostawili tu niezłą spuściznę i postarali się o to, aby z pokolenia na pokolenie był przekazywany duch zaradności i męstwa. Dzieci , owszem, bawią się klockami Lego, ale tylko wtedy, kiedy kraby śpią. 
Postanowiłam także dotrzeć w końcu do miasta i zobaczyć go trochę lepiej niż na Google Maps. Odrzuciłam ukochane przez Duńczyków dwa napompowane kółka na rzecz dwóch sflaczałych nóg. Wytłumaczyłam to chęcią zobaczenia wszystkiego lepiej, na spokojnie, ale tak naprawdę stchórzyłam przed wąskimi ścieżkami rowerowymi i tłumami cyklistów. Przecież uwielbiam chodzić! Dystanse mi niestraszne! Jestem piechurem na 102 (odcisków)! O ile spacerek (bo tak należy nazwać przechodzone ok.12-14km) był nader-uber-arcyprzyjemny, tak pożałowałam, że miałam na sobie baletki, które po jakiś 8km zaczęły mi nieco dokuczać. Ale nie o moich szanownych stópkach być miało...





Z moimi gospodarzami nie mogliśmy dzisiaj dojść do porozumienia, co to za zwierzęta. Czy to niedźwiedź, bóbr, koń czy obcy ptak - zastanawia mnie jedno: czy potrzebuje bliskości innych, czy też nawet duńskie rzeźby trzymają swoje emocje na wodzy?


To li i jedynie reklama/witryna sklepowa, ale za to jaka!




 
Idealnie zobrazowana moja płynność w duńskim. Bla bla.


Osławione the wave - budynki mieszkalne. Fal miało być pięć, ale najwidoczniej zabrakło funduszy, zatem z wave zostało tylko małe splash.


Za cholerę nie wiem, co tu jest napisane, ale to właśnie okolica, gdzie mieszkam, zatem się chwalę. 


Vejle... Mieszanka angielskiej, niemieckiej i skandynawskiej architektury połączona z domkami na wzgórzach rodem z Sardynii. I ten zapach morza! (i zaprawdę powiadam, nie wali tu zdechłym dorszem). Ludzie - owszem, bywają wręcz biali blondyni, lecz dziś widziałam chyba znacznie więcej Afroamerykanów, Azjatów czy Hindusów bawiących się w turystów. Zostałam też zaczepiona przez chyba czterech panów i jakże romantyczne były to spotkania. Każdy był albo wiekowy, albo napity. Chimera - od lat trafia w gusta koneserów sztuki... Ale trzeba przyznać - nawet duński pijaczek zagada, kiedy trzeba, po angielsku. Pełna kultura. Choć przyznaję, jeden chłopak uśmiechnął się do mnie przyjemnie i nie miał zaczerwionego nosa.  

W drodze powrotnej trafiłam za to na koncert grupy rockowej w parku. Chłopcy [ok. 17letni] naprawdę dawali czadu. I jeśli już to mnie zdziwiło, to powinnam już w ogóle oniemieć, kiedy rozejrzałam się wkoło i zauważyłam, że 70% publiczności stanowili ludzie w wieku emerytalnym, którzy rytmicznie tupali nóżką przy dźwiękach trzech basów i perkusji.

Nie piszę dziś ładnie, ani zgrabnie, ale czego tu się spodziewać. Wciąż opadają mi emocje po głaskaniu żelkowego pogromcy morskiej głębiny, a także zaczynam powoli trząść gatkami przed jutrzejszą zmianą pełnych gatek pewnego młodzieńca. Zostaję jutro sama z dziećmi. Ba! Duńskimi dziećmi, a jak wiadomo, te nawet płaczą inaczej. 




P.S. Post wczorajszy. Bo taka tu moda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz